poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Red-y Set Ex!

Jest to lakier pochodzący z kolekcji wiosennej z 2007 roku. Ciężko mi stwierdzić, czy Essie go jeszcze produkuje czy nie.


Red-y Set Ex to malinowa czerwień z naciskiem na malinowa ;) I jak to w przypadku takich kolorów bywa - ujowa w fotografowaniu, bo kolor widoczny na LCD aparatu czy monitorze jest zupełnie różny od tego na paznokciach ale nic w tej kwestii zrobić nie można, bo nawet program graficzny tego nie ogarnia.

Co nie zmienia faktu, że kolor jest obłędny - taki miał być Ole Caliente, który na mnie jest wręcz neonowo czerwony i taki... brudny? Ale za to Red-y Set Ex to jest to, co miało być.



Gęste, kremowe cudeńko o szklistym wykończeniu (tu podbitym POSHE). Z kolekcji Starting Over mam jeszcze jeden lakier, równie ciulaty w foceniu ale też cudnie prezentujący się na dłoniach. Może jutro się nim pomazam i pokażę :D

Nail Of The Day: Cult Nails Iconic + Finger Paints Twisted.

Wczorajszy dzień mogłabym określić jednym słowem: idealny :) Słońce, taras, kot, mąż, zimna kawa, książka i ciastko. Brakowało tylko piasku i morza, ale jak się nie ma co się lubi... ;) Dzisiaj nie jest już tak miło, telefony komórkowe zostały włączone, laptopy odpalone i praca wre. Ale dobrze mieć jeden dzień, gdy możemy udawać, że reszta świata nie istnieje ;)

Na paznokciach mam dwie warstwy cudownego Iconika przykrytego jedną warstwą równie cudownego Twisted. Kocham flejki <3.






P.S. Ja już wiem, ile mam buteleczek Essie - wczoraj wieczorem je policzyłam. Ale zgaduj- zgadula trwa nadal, przynajmniej do jutra ;)

niedziela, 5 sierpnia 2012

Zagadka! :)



Kto zgadnie, ile buteleczek jest na tym zdjęciu?


Dla ułatwienia podglądowe zdjęcie głębokości koszyka :D


Rozwiązanie zagadki będzie wtedy, gdy wrzucę posta z nimi wszystkimi w równym rządku :) Osoba, która będzie najbliżej zostanie nagrodzona małym upominkiem :)

Wy liczcie a ja idę relaksować się z książką, kawą i ciastkiem :D


Ala w Krainie Lakierów: Finger Paints.

Cześć i czołem.

Niedzielę zacznę od pokazania Wam jednej z moich ulubionych marek lakierowych - Finger Paints. Niestety, jak zwykle to bywa, marka ta jest dostępna tylko w JuEsEj. Moje źródełko fingerpejntowe na razie uschło, szukam innego i idzie mi chyba dobrze :D

Podzieliłam te moje skarby według kolorów (co wyszło mi mocno średnio, ale trudno się mówi). Indżoj.





A teraz zbliżenia :)

asylum, twisted

motley, flecked, flashy

tiffany imposter, vintage velvet, to-teally chic, winter sky

art you wondering?, laugh my art off, drummer boy

military green, comet's collar, scenery greenery

frosty night, stunning stilettos, catwalk queen, cordur-ornge

purple pinstripe, raspberry tafetta, vintage violet, purple palette

curator's crimson, expressionist red, yule be merry

red-brandt, brilliant brushstroke, romanticism ruby, santa kisses

Jak widać lubię flejki i brokaty chociaż i kremami nie pogardzę ;)

P.S. W przyszłości na pewno pojawi się tutaj jakiś fingerpejntowy konkursik, bo w moim pudełku z nagrodami czekają dwie nówki sztuki nieśmigane ;) Jak skończy się kultowe rozdanie pomyślimy o następnym ;)

sobota, 4 sierpnia 2012

Ala w Krainie Lakierów: Spoiled by Wet n Wild.

Miały być Essie ale są Spoiled. Chyba nie mam siły na wyciąganie wszystkich moich essiakowych buteleczek, wybaczcie. Może jutro najdzie mnie siła.

Spoiled by Wet n Wild to marka lakierów Wet n Wild dostępna tylko w amerykańskiej sieciówce CVS. Kolorów jest mnóstwo, większość z nich jest bajeczna. Ja dorobiłam się skromnych 12 sztuk - wszystkie upolowane za śmieszne kwoty :D

moje maleństwa razem :D

A teraz po kolei :)

show me some skin, distant memory, toad-ally amazing

shrimp on the barbie, are marmaids real?, deeper dive

i have no reception, daddy's credit card, paying with platinum

show me the money, pet my peacock, trust fund baby

I zbliżenie na brokaty:

pet my peacock, trust fund baby

Na paznokciach chyba jeszcze żadnego nie pokazywałam, muszę to nadrobić :D Co ciekawe, w mojej malutkiej kolekcji Spoiled nie ma ani jednego kremu ;)

Z Azji: Baviphat Apple Sleeping Pack.

Jeden z moich ukochanych kosmetyków - Apple Therapy Sleeping Pack czyli jabłkowa kremo-maska na noc koreańskiej firmy Baviphat.

Co to są pack'i? Są to kosmetyki upiększające, stosowane albo na noc albo na dzień, zastępujące krem a działające jak krem i maska w jednym. Czyli taki pack ma działanie kremu (nawilżanie) i maski (silne odżywianie i ogólnie upiększanie). W opisie wielu aukcji tych kosmetyków wyczytacie, że sen jest najlepszym kosmetykiem - dlaczego więc nie wspomóc by go specjalnym mazidłem, które uczyni nas najpiękniejszymi na świecie? Ja na taki opis poleciałam. I jeszcze na opakowanie - bo jest boskie ;)



Apple Sleeping Pack to kosmetyk dla skóry problematycznej: 'help prevent skin troubles and remove dead skin cells with natural fruit acids. This overnight sleeping pack softens, brightens, and hydrates skin'. Wszystko w jednym: złuszczanie, działanie a syfki, nawilżenie, rozjaśnienie, zmiękczenie... Co mnie pierwsze uderzyło po odkręceniu słoika to zapach - cudowny zapach kwaśnych jabłek. Zapach ten kojarzy mi się z dzieciństwem i kwaśnymi jak nie wiem co jabłkami w sadzie mojego dziadka. Były tak kwaśne, ze oczy wychodziły na wierzch a twarz wykręcała się w grymasie ale jednak wszyscy jedliśmy je jak cukierki, lol :D Teraz już nie ma takich jabłek, ale mam za to ten zapach w słoiku ;)






Kosmetyk zapakowany jest w słoik w kształcie jabłka. Pod właściwą zakrętką znajduje się jeszcze plastikowa nakładka z malutką łyżeczką do nakładania kremu. Konsystencja jest kremowo-żelowa. Nie spodziewajcie się ciężkiego kremu - Baviphat to leciutki, rozwodniony krem, trochę lepki ale ta lepkość znika po jakichś dziesięciu minutach od nałożenia. Zaraz po nałożeniu twarz może lekko szczypać, ale to uczucie przechodzi po minucie, dwóch.






Moje wrażenia - uwielbiam :) Kosmetyk ten nawilża na tyle mocno, że spokojnie można zrezygnowac z kremu na noc (oczywiście mówimy tu o cerach normalnych/mieszanych i tłustych bo takim ten produkt jest dedykowany - dla suchych i wrażliwych będzie zbyt mocny i wydaje mi się, że może wyrządzić krzywdę). Pomaga walczyć z dziadami na twarzy - juz po kilku użyciach skóra jest gładsza, pory zwężone a to co było na buzi powoli znika by już się więcej nie pojawić. Działania rozjaśniającego nie zauważyłam ;) 






Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. A biorąc pod uwagę pojemność (100g - to baaaaardzo dużo) i cenę (w tej chwili niecałe $13) i wydajność (niesamowita! 100g to jakieś siedem, osiem miesięcy codziennego używania) no to się nam zmówienie takiego cuda opłaci. Dostępne są też wersje mini (w uroczych owockowych opakowankach), które kosztują koło $5 - jeśli nie chcecie kupować tak ogromnego opakowania warto sięgnąć po takie rozwiązanie i spróbować na własnej skórze co to za cuda :) 


W tej chwili jabłko już wykańczam, zostały mi resztki na jakiś dwa, trzy dni stosowania. I rozglądam się za czymś innym - chyba postawię na komplet filiżankowych pack'ów Tony Moly :D

piątek, 3 sierpnia 2012

Recenzja: Alterra, szampon Migdał & Jojoba.

Na wstępie zaznaczę może, że ten szampon był moim pierwszym bez sls i sles.


Szamponów Alterra postanowiłam spróbować z czystej babskiej ciekawości. Chciałam się na własnej skórze i włosach przekonać, czy faktycznie są dobre (bo tanie nie są, bez promocji dycha za 200ml szamponu to całkiem sporo). Dopiero w połowie opakowania wyczytałam na blogach, że ten wariant może powodować wypadanie włosów. Cóż - u siebie tego nie zaobserwowałam.

A teraz konkrety: szampon ma konsystencję nie całkiem stężałej jeszcze galaretki. Pachnie średnio - mnie ten zapach do gustu nie przypadł, jest zbyt mdły, jakiś taki kwaśno-słodki w zepsuty sposób. Myje fajnie - radził sobie z khadeuszem (którego recenzja zbliża się wieeeeeeelkimi krokami ;)) w dwóch myciach. Co go u mnie przekreśliło (nie kupię więcej tego akurat wariantu na 100%) to plątanie włosów. Bez Tangle Teezera nie dałabym rady ich po myciu rozczesać! Jakaś masakra, a wcale nie zmieniłam sposobu mycia kudłów, wszystko robiłam po staremu. nawet odżywki nie pomagały - na głowie miałam jeden wielki kołtun. Całe szczęście, ze TT dawał sobie z tym radę. Właściwości myjące oceniam więc bardzo dobrze - szampon umył co miał umyć, nie podrażnił. No ale poplątał :/ Wydajność jest średnia, ale ja zawsze po oleju myję włosy dwa razy, więc taka buteleczka to u mnie jakieś 3 tygodnie używania trzy razy w tygodniu ;) Wykończyłam go z ulgą. I wróciłam do szamponów z sls (Green Pharmacy z łopianem, to jest lowe) :D Mam w zapasach morelę z pszenicą ale nie wiem, kiedy użyję, bo jak sobie przypomnę to moje splątane sianko na głowie to aż mi słabo.


Szkód nie narobił no ale szału też nie ma. Pustą butelkę wyrzuciłam z nieukrywaną radością ;)