O gąbce Missha pisałam tutaj. Od tamtej pory w kwestii myjek tej firmy nic się u mnie nie zmieniło - ciągle używam i sobie chwalę. Ale ze dwa miesiące temu, korzystając z promocjo w Rossmannie, kupiłam konjaka Ewy Schmitt. Na początku nie byłam nim zachwycona - przyzwyczajona byłam do miękkich gąbeczek Missha a Ewa Schmitt jest raczej twardawa i szorstkawa, zupełnie różna od azjatów.
Jednak postanowiłam rozpocząć testy. Zaczęłam używać konjaka z Rossmanna do codziennych czynności myjących, takich jak mycie twarzy mydłem z Aleppo, zmywanie maseczek itp. I tutaj ta myjka spisuje się świetnie. Przez to, że ma inna strukturę niż myjki Missha (Ewa Schmitt jest zbita, twardsza) takie rzeczy jak mydło lepiej się na niej pienią a takie rzeczy jak maseczki, np. glinkowe, lepiej się zmywają i nie włażą w pory gąbki. Po użyciu gąbki twarz jest gładka, jednak nie jest to efekt jak po peelingu - konjak jest delikatniejszy, to raczej taka gąbka polerująca a nie ścierak z prawdziwego zdarzenia.
Ale zrobiłam sobie nią także krzywdę ;) Pewnego wieczoru siedziałam z Savonem na twarzy i pomyślałam, że przecież konjak może dobrze Savonka zmyć - skoro i tak trzeba zrobić gommage, to mogę spróbować. Wy nie próbujcie - podrażnienie murowane. Zużyłam całe pudełko Savona i mnie nie podrażnił, a to jedno z ostatnich użyć, gdy zmywałam mydło konjakiem to jakaś tragedia. Twarz miałam czerwoną, wrażliwą, piekącą... Masakra. Jednak Savon + konjak to nie jest dobre połączenie. Później już tego nie próbowałam i nie zamierzam, bo aż mam ciary jak sobie to doświadczenie przypomnę.
Konjaka używam codziennie i już, po dwóch miesiącach, nadaje się do wymiany. Wieszam go zawsze na prysznicowym drążku, tam sobie spokojnie schnie i powietrze ma do niego dostęp z każdej strony.
Oto jak się prezentują dwa konjaki razem (czarna Missha i Ewa Schmitt):